Opowieść pełną garścią czerpie z uniwersum GANGSTY.

Ergastulum to miasto złoczyńców i płatnych morderstw, tanich prochów i jeszcze tańszych prostytutek. Przemoc, seks i narkotyki, wszystko, czego potrzeba do pełni szczęścia, jest na wyciągnięcie ręki. Zobacz, jak sobie tu radzi grupa Zmroków, ludzi o podejrzanej moralności i ponadprzeciętnej sile, za którą każdego dnia muszą płacić wysoką cenę.

czwartek, 5 października 2017

Chaper IV: #Beloved



They don't want the truth,

they just want the words

            Nie zamierzała mówić im prawdy. Nie musieli wiedzieć tego, że czasem po prostu czuła się samotna. Że czasem chciała po prostu zrobić coś innego. I że czasem sama nie była pewna, czy dla odmiany chciała nie tylko zabijać, ale też uratować, a może Bel na tyle wypaczył jej psychikę, że chciała pobawić się w panią życia i śmierci?
            Wracam właśnie z misji. Kolejne zadanie dla króla demonów wykonane. Uśmiecham się pod nosem. Ile to już dla niego pracuję? Ile ludzi zabiłam przez te kilka miesięcy. Przelałam morze krwi. Patrzę na swoje dłonie. Są trochę podrapane, a naskórek przesuszony od ściskania sztyletów.
            Nie, żebym czuła się z tym źle. Zawsze wiedziałam, że nie ma dla mnie innej drogi. Moim przeznaczeniem jest pole bitwy. Jestem ludzką bronią. Zawsze to sobie powtarzam, więc na darmo mieć jakieś żale i sentymenty. Stało się, jak się stać miało i tyle.
            Słyszę jakiś szmer za sobą. Przystaję. Nasłuchuję. Adrenalina znów rusza w szaleńczy bieg po moim organizmie. Jestem czujna. Jestem skupiona. Kolejny szmer. Wiem, skąd dochodzi. Napinam mięśnie i jednym zwinnym skokiem odbijam się do muru i łapię…
            – Kot? – mruczę zaskoczona, trzymając futrzaka za kark.
            Wierzga się i miota, drapiąc mnie po przedramieniu. Krzywię się, ale nie puszczam go. Wciąż walczy, choć nie ma szans. Nie poddaje się. Wierzga, miaucząc wniebogłosy. Dostrzegam, że jest dość poważnie ranny. Jego krew brudzi moje ubrania, ale to nie ma znaczenia. I tak były uwalone, po tym jak poderżnęłam gardło jakiemuś gnojkowi.
            – Nie rzucaj się – mówię do zwierzaka, próbując go uspokoić.
            Chyba mnie nie rozumie. Dalej się rzuca i wierzga i drapie, ale to nadal nic. Postanawiam uratować jego marny żywot i zająć się nim. Rudy sierściuch pewnie zdechnie za kilka dni z takimi ranami. Chyba zadarł nie z tym psem, co trzeba. Ma szczęście, że mam tyle czasu by się nim zająć. Ciekawe, co powie na to Bel.
            Niosę futrzaka tak trochę obejmując go w talii. I nie wiem tylko, czy kot ma talię. Więc w pasie. W przegubie. Ciul. Zaciskam mu ręce na brzuchu, żeby się nie wyrwał. Zadowolona z siebie wracam do kwatery. Nie do końca pewna, jak kocura przetransportować przez szyb, żeby mi nie spierdolił.
            W końcu udaje mi się dotrzeć na miejsce, nie pozwalając futrzakowi na wydrapanie mi oczu. Z beznamiętną miną i rudym kotem pod pachą, staję naprzeciw Bela. Chyba na mnie czekał. Przygląda mi się z wysoko uniesionymi brwiami. Pewną też dozą zaciekawienia i bardzo dziwnym uśmiechem. Nie do końca wiem, co to oznacza.
            – Tris, co to jest? – pyta, wskazując na kota długim, kościstym palcem zakończonym równie długim, ostrym pazurem ze świeżym grafitowym lakierem.
            Chyba naprawdę go to bawi, a ja naprawdę nie rozumiem dlaczego.
            – To kot.
            – To widzę, ale pomóż mi zrozumieć, dlaczego kłopotałaś się go tu zataszczyć? – nie daje za wygraną.
            – Jest ranny? – odpowiadam bez entuzjazmu. – Zdechnie.
            – Zabijamy ludzi. Ty i ja przelaliśmy morze krwi. Dlaczego przejmujesz się życiem kupy futra?
            Wzruszam ramionami.
            – Po prostu.
            – Po prostu zapragnęłaś go ocalić. Myślisz, że pokocha cię bezgraniczną miłością, bo go uratowałaś? – drąży Bel, wciąż bacznie mnie obserwując.
            Przynajmniej kot zmęczył się wierzganiem i spokojnie wisiał w moich ramionach. O ile jeszcze nie zdechł od utraty krwi.
            – Nie – stwierdzam, krzywiąc się. – To kot. Co najwyżej spojrzy na mnie z pogardą.
            – Więc po co?
            – Po prostu. Przecież wiem, że mnie nie pokocha. Nie może zostać? Mam go wyrzucić? – teraz ja pytam, patrząc Belowi prosto w oczy.
            Tak naprawdę jest mi obojętne, co stanie się z kotem. Nie zawaham się wywalić go za drzwi, jeśli Bel tak rozkaże. On chyba to dostrzega i w końcu parska śmiechem.
            – Rób co chcesz, Tris. Rób co chcesz…
            – Nie wiem, co w tym śmiesznego.
            – Twój widok – wyjaśnia, między napadami śmiechu.
            – Nadal nie rozumiem…
            – Cała podrapana, umorusana od krwi, ze zmęczoną miną i kotem pod pachą – wymienia, a jego ramiona wciąż drżą od tłumionego śmiechu.
            Jest w dobrym nastroju. Cieszy mnie to.
            – A tak w ogóle, zadanie wykonane – rzucam, idąc do swojego pokoju.
            – Wiem.
            – Zawsze wiesz.
            – Wiem.
            – Co wiesz, szefie? – zaciekawia się Asmo. – A to, co za… A…Apsik! Mam… Apsik! Uczulenie na…Apsik… Koty...
            – Przykro mi – mówię cicho. – Postaram się trzymać go z daleka.
            – Tylko tyle? – jęczy, ale nie zawracam sobie tym głowy i zamykam się w pokoju.
            Mam tu wszystko, co potrzebne. W moim małym pokoiku. Kot znów robi się niespokojny, gdy wmuszam w niego lekarstwo. To chwilę potrwa, nim zadziała. Ale bez tego nie dam rady opatrzyć mu ran. Próbuję do niego mówić:
            – No już, nie wierzgaj się kocie. Utrudniasz życie sobie i mi – stwierdzam, krzywiąc się. – Wiem, że twoje życie pewnie jest do dupy. Moje też. Mam szesnaście lat… Straciłam jeden dom, a potem przygarnął mnie Bel. Tak, jak ja teraz ciebie. No już. Śpij. Już dobrze…
            Zajęłam się futrzakiem jak mogłam. Dopiero teraz mogę iść coś zjeść. Jestem strasznie głodna. W kuchni czeka na mnie Bel, a kawałek dalej Asmo, który wyraźnie utrzymuje dystans.
            – Nazwiesz go jakoś? – pyta chłopak.
            – Po co?
            – Przygarnęłaś go, więc powinnaś go nazwać, apsik!
            – Apsik? Nie, to kot…
            – Ale imię… Nie kot i nie apsik – jęknął Asmo.
            – Kot – powtarzam, a Bel parska śmiechem.

Oh I hate your static pace,

             Tris uruchomiła urządzenie i zamarła. Coś się włączyło i wyglądało na to, że tam naprawdę było jakieś nagranie. Jej serce zabiło szybciej i w przypływie strachu, włączyła pauzę. Nie była gotowa, by znów ujrzeć twarz Lokiego. Wątpiła, by wiadomość skierowana była do niej, ale samo to, że mogła znów usłyszeć jego głos…
             Wzięła kilka głębszych oddechów, ale to nic nie pomogło. Wciąż się bała. Bała się tego, że wszystkie uczucia i emocje ożyją, że znów będzie przeżywała ten sam horror, bo przecież nie mogła oglądać tego nagrania w nieskończoność. Czuła, że to już naprawdę ostatni raz, gdy zobaczy jego twarz.
             To miało być pożegnanie, a ona nie chciała się żegnać. Wierzyła, że nad nią czuwał, że patrzył na nią z jakiegoś nieba Zaćmionych, że wciąż był przy niej. Gdyby obejrzała nagranie, w końcu musiałaby mu pozwolić odejść, ale wtedy zostałaby kompletnie sama.
            Dobrze, że przygotowała się na taką okazję. Wyciągnęła z kieszeni piersiówkę i pociągnęła kilka sporych łyków. Skrzywiła się i zakręciła buteleczkę. Nie schowała jej jednak. Czuła, że tylko tak da radę to wreszcie obejrzeć. Ostatni głęboki oddech i przywróciła odtwarzanie.
             Na ekranie pojawiła się wielka twarz Lokiego, zasłonięta nieco dłonią. Najwyraźniej ustawiał coś przy kamerze. Serce Tris zabiło szybciej, gdy mruknął coś pod nosem i wreszcie usiadł na miejscu, prezentując jej się takim, jakiego go pamiętała. Musiał nagrać to niedługo przed śmiercią.
            – Er… Tak… – zaczął, wyraźnie zażenowany. – Trochę dziwnie czuję się gadając tak do kamery – mówił dalej i uśmiechnął się lekko. – Bardzo, bardzo głupie uczucie. Nie polecam – mamrotał, a Tris wywróciła oczami. – Ale z drugiej strony to dobry sposób, by przekazać najbliższym ostatnie słowa.
             – Długo będziesz się nad tym rozwodził? – mruknęła Tris, chociaż wiedziała, że Loki jej nie odpowie.
            – Nie – padło, a ona zamarła, czując się, jakby obraz nagle ożył. – Nie mogę marnować czasu na takie bzdury. Mam nadzieję, że ta wiadomość do ciebie dotrze... – zawahał się, a na jego twarzy zagościł promienny uśmiech. – Tris… – Serce blondynki zatrzymało się na chwilę na dźwięk jej imienia. Mimowolnie podniosła butelkę do ust i pociągnęła z niej kilka łyków. – Tris… Skoro to oglądasz, znaczy, że nie ma mnie już na tym świecie. Mam nadzieję, że chociaż zginąłem w walce lub chroniąc cię – dodał i również się czegoś napił, jakby potrzebował dodać sobie odwagi do dalszej rozmowy. – Jeśli tak, nie obwiniaj się, proszę… Wolałbym zginąć właśnie tak, bo wiem, że i tak nie będzie mi dane pożyć zbyt długo – oznajmił. – Pewnie zastanawiasz się dlaczego… Jak wiesz, jestem dość silnym Zmrokiem, a wiesz, że to zazwyczaj niesie za sobą pewne konsekwencje. Nie posiadałem żadnej dysfunkcji, ale wiedziałem, że nigdy nie dożyję nawet trzydziestki. Oto cena, którą przyszło mi zapłacić – wyjaśnił spokojnie i znów upił kilka łyków czegoś, a Tris poszła w jego ślady. – I tak żyłem dłużej, niż przypuszczali lekarze. Gdy się poznaliśmy, dawali mi rok, góra dwa lata życia. Zgodnie z tym, powinienem być martwy od ponad roku – zaśmiał się i wzniósł buteleczkę, niczym do toastu. – To wszystko dzięki tobie. Każdy dzień w twoim towarzystwie był ciekawy i zabawny, to dodawało mi siły, by żyć. Nie chciałem cię opuszczać, gdy tak bardzo lubiłem spędzać z tobą czas. Wiem jednak, że to nieuchronne. Przepraszam… Nigdy nie miałem odwagi powiedzieć ci tego wprost, że umieram. Nie chciałem niszczyć tego, co było między nami. Chciałem widzieć jak się uśmiechasz, a nie smucisz. Wiedziałem, że odwzajemniasz moje uczucia – powiedział nagle i Tris pobladła momentalnie. – Kocham cię… Tris. Kocham cie nad życie i dlatego, nie powiedziałem ci o tym wcześniej. Miałem nadzieję, że z czasem zapomnisz. Chcę tylko, żebyś była szczęśliwa. Bo ja dzięki tobie byłem szczęśliwy. Nie zadręczaj się tym, że mnie już nie ma. Znajdź wielu nowych przyjaciół, zakochaj się, spotkaj się ze swoim bratem i bądź szczęśliwa. Nie marnuj życia na smutek i tęsknotę. Lubisz zgrywać silną, ale musisz sobie odpuścić. Pozwolić sobie na radość i nie obwiniać się za wszystko, a koszmary same miną. Zawsze będę nad tobą czuwał. Kocham cię… Żegnaj… Tris – powiedział i nagranie się skończyło.
             – Nienawidzę cię – wyszeptała Tris, zalewając się łzami. – Nienawidzę cię, Loki… Jak mogłeś mnie zostawić? Jak możesz tak spokojnie mówić o śmierci? Nie było ci przykro? Nie czułeś się samotny? Dlaczego? Dlaczego nie odpowiadasz? – mówiła przez łzy, które jedna po drugiej spływały po jej policzkach i kapały na podłogę. – Dlaczego cię tu nie ma?

you ask no questions, let things be

            Rozległo się pukanie do drzwi i do środka zajrzał Marco. Spojrzał na Tris zaskoczony i szybko wszedł do środka. O nic nie zapytał, tylko przytulił ją do siebie, kołysząc lekko na boki. Nawet nie musiał pytać, by wiedzieć, że obejrzała nagranie, że to dlatego płacze.
            Zdążył się już przekonać, że wolała zgrywać przed innymi twardą. Jeśli w takiej chwili nie potrafiła opanować łez, znaczyło tyle, że potrzebowała się wypłakać. Zamierzał jej na to pozwolić, ale nie chciał, żeby była sama. Nie musiał nic mówić, pocieszać jej. Wystarczyła bliskość, by nie czuła się samotna.
            Tym razem pozwoliła mu na to. Pozostała w jego objęciach, dopóki nie zdołała się uspokoić. Od płaczu zaschło jej w gardle, a oczy miała zapuchnięte, jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Wciąż pociągając cicho nosem, odsunęła się od Marco i uśmiechnęła blado.
             – Przyniosę ci wody – powiedział tylko i wróciwszy po chwili, podał blondynce naczynie.
            Skinęła głową i wypiła całość na raz. Odetchnęła głęboko. Czuła się trochę lepiej. Wciąż było jej strasznie przykro, ale to, że mogła się wreszcie wypłakać, przyniosło jej ulgę. Jakby ktoś zdjął z jej serca spory ciężar. Pozostała już tylko pustka, która z czasem miała się wypełnić nowymi nadziejami.
             O nic nie pytał, co Tris naprawdę doceniała. Nie nalegał też, że ją odprowadzi, gdy postanowiła sama wrócić do domu. Też miał coś do zrobienia. Coś, co powinien był zrobić już dawno temu, ale dotychczas nie miał odwagi.

Zmroki:

Współtwórcy

Łączna liczba wyświetleń

TAGI