Opowieść pełną garścią czerpie z uniwersum GANGSTY.

Ergastulum to miasto złoczyńców i płatnych morderstw, tanich prochów i jeszcze tańszych prostytutek. Przemoc, seks i narkotyki, wszystko, czego potrzeba do pełni szczęścia, jest na wyciągnięcie ręki. Zobacz, jak sobie tu radzi grupa Zmroków, ludzi o podejrzanej moralności i ponadprzeciętnej sile, za którą każdego dnia muszą płacić wysoką cenę.

piątek, 19 maja 2017

Chapter III: #Coffe



Until we learned to turn it down

             Tris stanęła przed domem Benriya i uśmiechnęła się pod nosem. Już czuła zapach Zmroka. Bez problemu wskoczyła na parapet i przez otwarte na górze okno weszła do środka. Rozejrzała się po czymś, co wyglądało jak gabinet. Było tam całkiem ładnie, tyle mogła stwierdzić.
             – Co tu robisz? – padło i w drzwiach stanął Arcangelo. – Chyba nie przyszłaś walczyć z Ivrel?
             – Co? Nie – pisnęła Tris. – Ja przyszłam… – urwała, z przerażeniem na twarzy szukała wymówki. – Ja… Celebrer przyniosłam – oznajmiła wyciągając z kieszeni pudełko. – Nie wiem ile ona tego bierze, więc miałam donieść, co by znowu napadu nie dostała.
             – I weszłaś przez okno, zamiast drzwiami? – zapytał rozbawiony Worric.
             – Co? Ech… No cóż… Ciężko się wyzbyć starych przyzwyczajeń – skwitowała, a blondyn parsknął śmiechem. – I co rżysz?
             – Nic. Jesteś naprawdę urocza – stwierdził i objąwszy ją ramieniem, poprowadził w stronę wyjścia. – Ale nie mogę pozwolić ci walczyć z Ivrel. Nico się wścieknie.
            Widziała ją. Kątem oka widziała buszującą po kuchni Hecate, ale nie dała tego po sobie poznać. Dała się wyprowadzić na zewnątrz otoczona ramieniem blondyna. Uśmiechnęła się pod nosem na myśl, że w sumie ładnie pachniał. Jakoś… Przyjemnie. Szkoda tylko, że musiał się wtrącić. Gdyby nie on, dorwałaby już tą wilczą jędzę.

Took our dreams and got in line

            Nie chciało jej się jeszcze wracać do domu, więc wybrała się na spacer. Potrzebowała trochę odsapnąć. Ochłonąć i wszystko przemyśleć. Raz jeszcze zaplanować, co zrobi w sprawie Hecate. No i musiała jeszcze przenieść swoje rzeczy, których przybyło w miarę mieszkania w Ergastulum, ale wątpiła, że Theo jej pomoże. Zresztą ciągle się dąsał za poranne żarty.
             – Marco! – zawołała, a jej twarz rozjaśnił radosny uśmiech. Szybko się jednak opanowała. – Co słychać?
             – W porządku, a u ciebie?
             – Pomału.
             – No to dobrze…
            – Nadal nie pogodziłeś się z Connie? – zapytała Tris, robiąc zmartwioną minę. W rzeczywistości jednak łudziła się, że wreszcie się rozstaną. Nie rozumiała, dlaczego w ogóle byli razem. No tak, z poczucia winy, jeśli wierzyć tej jędzy Hecate. – Nie martw się – powiedziała, gdy Marco wbił wzrok w ziemię i położyła mu dłoń na ramieniu. – Przejdzie jej. W końcu zrozumie, że Hecate jest po prostu suczą.
            – Nie w tym rzecz – westchnął Adriano.
            – Chcesz o tym porozmawiać?
            – Nie, w porządku. Sam muszę się z tym uporać.
            – W razie czego wiesz gdzie mnie szukać. – Tris uśmiechnęła się promiennie. – Ej, nie chcesz wpaść na kawę?
            – Nie, przepraszam… Może następnym razem.
            – W porządku. Do zobaczenia…
            – Czekaj! – powiedział, a Tris spojrzała na niego pytająco. – Właściwie… Może kawa dobrze mi zrobi.
            – Kawa może nie koniecznie, ale... – prychnęła pod nosem Szkarłatna, ale na całe szczęście Marco jej nie słyszał. – Chodź, na co czekasz?

Held our breath and hoped to die, fade on

             – Nie do kliniki? – zdziwił się Marco.
             – Ach, nie. – Tris uśmiechnęła się z dumą. – Wczoraj odebrałam od Monroe klucze do mieszkania, jest tuż za rogiem – wyjaśniła. – Jeszcze poza meblami nic tam nie ma, ale zdążyłam, chociaż zorganizować kawę i czajnik. No dobra – wyznała. – Zabrałam z kliniki.
             – Czyli będę twoim pierwszym gościem – zauważył Adriano.
             – Tak.
            – Jestem zaszczycony – powiedział, uśmiechając się zadziornie.
             – Ale też mi zaszczyt.
             – To miła odmiana po tylu latach napić się z tobą kawy. Zwłaszcza celebrując, że masz własne mieszkanie w Ergastulum.
             – Fakt, trochę zeszło – przytaknęła Tris. – Będzie z pięć lat – dodała, wchodząc do budynku i ruszyła na drugie piętro. Mieszkanie było nieduże, ale schludnie urządzone. Składało się z jednego pokoju z biurkiem, krzesłem, kanapą oraz wyjściem na balkon, przytulnej kuchni oraz łazienki. – To tutaj – oznajmiła Tris. – Ciasne, ale własne. Rozgość się – dodała, napełniając czajnik wodą i wstawiła go na gaz.
             – Wtedy też mieszkałaś na drugim piętrze.
             – Tak, to prawda – odparła Tris. – Jedna miarka bez dodatków, nie?
             – Tak. Dokładnie. – Marco uśmiechnął się lekko. – Bez dodatków.
             – Mam pamięć do drobiazgów – wyjaśniła Tris, jakby zawstydzona tym, że wciąż pamiętała.
             – Tak – przytaknął Marco, może nie chcąc by zapadła niezręczna cisza. – Zawsze miałaś oko do takich rzeczy.
             – Proszę – mruknęła Szkarłatna, stawiając przed nim kubek z parującym napojem.
             Sobie natomiast wsypała dwie łyżeczki cukru i dolała odrobinę mleka, po czym usiadła po drugiej stronie stołu. Upiła łyk kawy i westchnęła.
             – Widzę, że słodzisz mniej, niż kiedyś – poczynił spostrzeżenie Marco, a w jego oczach pojawiły się te zadziorne iskierki. – O całą łyżeczkę mniej…
             – Masz z tym jakiś problem?
             – Nie, skąd.
             – Nabijasz się ze mnie! – oburzyła się Tris.
             – Nie gniewaj się.
             – Nie, nie gniewam – westchnęła. – Masz rację, powoli ograniczam cukier. Na razie zeszłam do dwóch łyżeczek, a od przyszłego tygodnia już tylko jedna.
             – Dlaczego? Jesteś chora? – Tris parsknęła śmiechem. – Co?
             – Nic, po prostu zaskoczyło mnie, jaki jesteś troskliwy. Ale nie, nic mi nie jest. Po prostu cukier podrożał…
            – To o to chodzi?
             – Powaga. No wiesz, teraz będę żyć sama. Jak policzyłam, ile idzie na cukier, to myślałam, że zejdę na zawał.
             – Skoro tak uważasz…
             – Nadeszły ciężkie czasy, co zrobić – zaśmiała się Szkarłatna.

And all along, we got it wrong

             – Właśnie, mówiłaś, że nie masz tu swoich rzeczy – powiedział nagle Adriano.
             – To prawda.
             – Potrzebujesz pomocy? Mam jeszcze trochę czasu, możemy razem przenieść rzeczy.
             – Och, nie, nie. Poradzę sobie. Poza tym jeszcze się nie spakowałam.
             – Boisz się, że zobaczę jak pakujesz bieliznę? – zażartował Marco, a Tris machnęła na to ręką, mówiąc:
             – Nah… Widziałeś już moje porozrzucane po mieszkaniu majtki i staniki, jak szukałam wtedy portfela.
             – Racja – przyznał Marco i oboje wybuchli salwą radosnego śmiechu. – To jak?
             – Dam radę. Może nie wyglądam, ale jestem silna – powiedziała, napinając biceps, ale brunet nie wyglądał na przekonanego.
             – Daj spokój Tris, to żaden problem.
             – Tego naprawdę nie ma za dużo. Raptem dwa kartony i walizeczka.
             – No to w sam raz – stwierdził Marco i podszedł do zlewu.
             – Zostaw – powiedziała Tris. – Później to umyję. Pozwól się dziś ugościć, chociaż nie mam do zaoferowania nic poza kawą – dodała i również dopiła swój napój.
            Razem ruszyli do kliniki, gdzie w towarzystwie Niny krzątał się naburmuszony Theo. Do siostry nie odezwał się ani słowem, nawet na nią nie spojrzał, a na przywitanie Marco skinął tylko głową, mamrocząc coś pod nosem.
             – Co mu się stało? – zapytał cicho Marco, gdy byli już na górze, w pokoju Tris. – Dawno nie widziałem go w tak podłym nastroju.
             – Och to nic takiego – zaśmiała się blondynka. – Miał wczoraj… Cóż… Ciekawy wieczór – dodała tajemniczo.
             – Nie rozumiem?
             – Hecate go dorwała.
             – Coś mu zrobiła? – strapił się Adriano. – To coś poważnego?
             – Co? Nieee. W końcu mu przejdzie. Co najwyżej będzie miał przez jakiś czas traumę. Poza tym wścieka się, bo z niego żartowałam.
             – A co zrobiła Ivrel?
             – Pocałowała go – wyszeptała Tris, dotykając palcem wskazującym swoich ust. – Nie wiem dokładnie, jak było, ale gdy przyszłam, leżała na nim przyssana jak pijawka. Theo twierdził, że się na niego rzuciła.
            – I raczej miał rację – odparł Marco. – Hecate… Znaczy Ivrel, ma tendencję, że po alkoholu robi się bardzo kochliwa. Wprost uwielbia cały świat i wszystkich żyjących na nim ludzi.
             – A to ciekawe, bo wygląda mi raczej na mizantropa.
             – Podobno ludzie dopiero po alkoholu zaczynają być szczerzy.
             – Może – zaśmiała się Tris. – Ale to by znaczyło, że jestem pół nimfą, pół jednorożcem, gdyby wierzyć pijackiej paplaninie.
             – No patrz, a niepodobna jesteś – mruknął Marco. – Przynajmniej do jednorożca. Bo nimfy nigdy nie widziałem.
             – A jednorożca tak?
             – To taki tęczowy koń z rogiem na czole. Weźmy się za pakowanie – zaproponował Marco.
             – Racja – przyznała Tris i szybko zaczęła wrzucać rzeczy do odpowiedniego pudła lub walizki. Nie było tego dużo, więc szybko się uwinęła, nie pozwalając Marco niczego dotknąć. – Gotowe.
             – A to? – zapytał niepewnie Marco, rozciągając w dłoniach czarne, koronkowe… Coś. – Bo jakoś nie sądzę, żeby należały do Niny.
             – Oddawaj – mruknęła Tris, pąsowiejąc lekko.
             – Jak to się w ogóle nosi?
             – Normalnie. Na tyłku.
             – Ale to prawie nic nie zakrywa – jęknął Adriano.
             – A zostaw ty już kwestię mojej bielizny, co?
             – Przepraszam.
             – Nie przepraszaj. Zwłaszcza, jeśli nie wyglądasz, żebyś czuł się winny.
             Marco uśmiechnął się tylko na tę uwagę i podniósł pudła, Tris zostawiając tylko walizeczkę.
            – Marco – zaprotestowała.
             – Nie – powiedział stanowczo. – Masz, co nieść.
             – Ale...
             – Uparta jak zawsze. Nigdy nie lubiłaś przyjmować pomocy, prawda?
            – A ty jak zwykle mnie nie słuchasz – odgryzła się Szkarłatna.
             – Kto by słuchał takiego uparciucha? – zaśmiał się, gdy schodzili już na dół.
             – Ale wy się zaprzyjaźniliście ostatnio – prychnął Theo, nie odrywając się od jakiś papierów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zmroki:

Współtwórcy

Łączna liczba wyświetleń

TAGI